
Zapisz się do newslettera Znajdź w serwisie Rodzice na zakupach

Tulić i całować, czyli skąd się biorą dzieci…
„W Łebie było cudnie – nie zapomnę spacerów brzegiem morza, ucieczek przed językami wody, chodzenia bez makijażu, ułożonych włosów, z piwem w plecaku i czymś słodkim ku pokrzepieniu serc. Tulić i całować – tak mówił M. przyciągając mocno do siebie. Byliśmy dla siebie wyrozumiali i cierpliwi – co na co dzień rzadko nam się zdarza – praca, codzienne obowiązki, sprzeczki o drobiazgi:
…”
- Gdzie jest karma dla kotów? M.
- Najprawdopodobniej w szafce z butami… – sarkazm wylewał się potokiem słów A.
- Nie ma żadnej puszki. Dlaczego nie kupiłaś? M.
- Ja? Czy tylko ja tu mieszkam i jestem głównym zaopatrzeniowcem? Wracasz do domu niczym do hotelu, zmieniasz ciuchy i fruuu! Nic cię nie obchodzi!!! A
- Tyram jak wół całymi dniami i nie mam kiedy myśleć o wszystkim!!! M.
- Wyobraź sobie, że ja też pracuję. A
- ?)##$
- ##???!!
No i puszka zwykłego kociego żarcia stawała się puszką Pandory. Codzienność. Potrzebny nam był wyjazd, dla pobycia ze sobą, dla pozostawienia kłopotów w pracy i rodzinnych fochów.
Byliśmy 2 lata po ślubie, a zaczęliśmy być ze sobą 9 lat temu – dłuuuugo. Dorabiamy się wszystkiego własnymi rękoma, nic niestety – mimo usilnych próśb, wysyłanych losów, smsów – nie spadło z nieba. Często wspominamy nasz dom na początku – wręcz rozsypujący się, stojący w pokrzywach, wymagający masy środków, pracy, wysiłków, wyrzeczeń. No ale mieliśmy klapki na oczach – i wiarę, że się uda. Razem z nami zamieszkały koty – szt. 3 i pies – niezwykle charakterne, z przejawami ADHD, no ale nasze. Kochane. Remontowaliśmy nasz dom przeplatając go łzami i śmiechem. Nie zawsze to były równe proporcje.
Każdy ciepły, weekendowy ranek zaczynaliśmy kawą na tarasie – planując co gdzie posadzimy, komu oddamy kocięta, które rodziły się namiętnie, bo kocice choć mocno nieurodziwe, widać, że wśród okolicznych amatorów miały powodzenie ;-) Spokojne życie - M, ja, koty i pies. Czasami wyjazd, impreza i wielka satysfakcja, że jesteśmy samowystarczalni.
Co do potomstwa - zawsze twierdziłam, że praca w szkole to jedna z najskuteczniejszych form antykoncepcji. Nie mam w naturze roztkliwania się nad bobasami, a pobyt najbliższej rodziny męża z dzieckiem jakoś nie wzbudza mojego instynktu macierzyństwa. Zgodnie odpowiadaliśmy, że dzieci będą, naturalnie, ale na wszystko jest czas, bo brak mojej umowy na stałe w pracy, bo zaczęty staż, bo wiele rzeczy.
Tulić i całować – los zadecydował inaczej – wakacyjny, łebski nastrój wrócił z nami do domu. No a potem jakaś euforia – chyba spowodowana pogodą, nastrojem, kosiłam trawę jak szalona, posprzątałam w garażu. Cudnie. Żebym miała taki zapał do pracy po wrześniowym powrocie do pracy – myślałam układając zimowe opony, czym mocno rozbawiłam męża. A potem zaczęłam czekać na PMS – tak nie ulubiony przez M. a tu nadal euforia. W czasie dni płodnych się zabezpieczyliśmy, ojjj – ale odrobinę wcześniej niekoniecznie… Mhmmmm – niepokalane poczęcie? O maj Gad. Nie no, skądże, jak!?! W życiu. Nie ma mowy. Nie ma mowy!!!
Dobrze, że na naszym odludziu jest Internet – wyguglałam „objawy ciąży” i jak byk ktoś mądry napisał – „podwyższona temperatura może świadczyć o wczesnej ciąży”. No a dziś powinnam dostać miesiączkę (choć tak naprawdę zawsze miałam krótkie, zupełnie nieksiążkowe cykle), mierzę tę nieszczęsną temperaturę – 37. O ludzie, o ludzie – myśli z prędkością światła łączyły nerwowe połączenia – było mi jednocześnie zimno i gorąco. I pognałam co sił do apteki, wyboru testów nie było – jeden rodzaj, chwała Bogu, że nie przeterminowany – uroki mieszkania w małej, uroczej dziurze.
- „Poproszę test ciążowy” – ale głos drżał niczym podczas I komunii.
I co teraz? Czekać do rana, na poranne sikanie czy zrobić teraz? Myśli kołowały jak jastrzębie.
- W życiu nie wytrzymam! (No trochę siebie znam – niestety)
Gruba, ciemnofioletowa krecha pojawiła się od razu. Oczy mi się świecą
„Poczekam z tydzień, pójdę do ginekologa, zrobię kolację, kupię kapciuszki i powiem dumna jak pawica BĘDZIEM RODZICAMI”. No ale znam siebie, biorę telefon.
- O której wrócisz z pracy? A.
- Wieczorem. M
- Jak wieczorem? Przecież my się zupełnie nie widujemy!!! A ja mam dla ciebie niespodziankę, lalalala… (no i dupa blada z planem z kapciuszkami) A.
- Jaką? Mów szybko! M.
- hihihihihi. A.
Jak tylko wrócił pokazałam test. „Niemożliwe…” Totalne zaskoczenie w pierwszej minucie, potem jeszcze większe. I nie było noszenia na rękach, mówienia „mamusiu”, i jak to będzie odlotowo. Mocno, mocno przytulił, ślepka błyszczały mu niczym w księżycową, jasną noc i powiedział „skarbie, powoli, cieszę się, ale… boję się, że to może prysnąć, że jest jeszcze tak wcześnie. Ja nie mogę w to uwierzyć – i nie chcę zapeszyć”. Czekaliśmy, choć chyba ja bardziej to przeżywałam do pierwszej wizyty u lekarza – no ale było widać tylko pęcherzyk, potem nerwówka do kolejnej – i szał – bijące szybciutko serduszko.
Długo trwało – a chyba raczej trwa oswajanie się nas z ciążą – tak mocno chcianą, ale nie zaplanowaną. A praca!?! Wszystko się przewartościowało – musiałam iść na przymusowe zwolnienie, leżenie (a do tej pory doba była za krótka), zwiększone rozmiary, radzenie sobie z samotnością, bo M. wciąż pracuje dużo i długo.
Pierwsze miesiące to ogromny strach, czy wszystko jest w porządku, czy zdrowe. W ubiegły czwartek byliśmy na USG 3D. I jest zdrowa dziewczyna. Wymarzona córa, która urodzi się być może w moje urodziny! I zabrzmi to jak banał, ale „nie robi się dzieci”, one biorą się z miłości”.
apd
apd
powrót do listy
-przydatny kalkulator Szkoły rodzenia
-spis szkół z całego kraju Wideo poradniki
o karmieniu piersią Kalendarium ciążowe
-ciąża tydzień po tygodniu Oblicz dni płodne
-jak ustalić ten dzień Nasi eksperci
Baza imion
-wybierz imię z naszej bazy





