Matka jest jak świetnie wyszkolony żołnierz, a dom to jej codzienny poligon. Matka ma wiele blizn wojennych – rozstępy, siniaki i ślady po ugryzieniach, (Kitka wprawdzie ma dopiero dwa zęby, ale już zdążyła zacisnąć je na moim palcu z taką siłą, że spuchł na cały wieczór) i otarcia. Matka ma prawdziwe pagony – przynajmniej dopóki trzyma dziecko pionowo do odbicia po jedzeniu – wyciąga z szafy piątą z rzędu bluzkę i okazuje się, że ta również jest wyposażona w malownicze blado-białe pagony nadane przez Małego Generała.

Matka magazynuje łupy wojenne – wszystkie piękne wspomnienia, nie tylko w albumach i pudełeczkach z pamiątkami, ale też w pokaźnych worach pod oczami. Matka jest jednocześnie kronikarzem wojennym, bo wszystko skrzętnie spisuje na starość w pamiątkowych albumach dla swojej pociechy i dla siebie. Matka walczy jak lwica z wszystkimi wiedzącymi lepiej, z lekarzami, urzędami, przedszkolami i innymi rodzicami o prawa swojego dziecka. Matka jest najlepszym i najważniejszym szkoleniowcem dla swojego dziecka. To ona nauczy je, jak samemu walczyć o siebie i swoich bliskich.

Nasz codzienny poligon jest prawdziwym majstersztykiem. To tor przeszkód z zabawek i dziecięcych rzeczy, własnego bałaganu i stałych obowiązków, do którego wciskamy ruchomy punkt: relaks, często wyrzucany, i dodajemy ograniczenie czasowe dla lepszej nauki organizacji. Tak więc usadzamy Generała w strategicznym miejscu, z którego będzie mógł obserwować całe pole bitwy i miotamy się, sprzątając własny bałagan, bałagan w pokoju dziecięcym – który jak na razie poniekąd też jest własny – latamy ze szmatą, przepłaszając wszystkie kurze, układając ciuchy, książki i drobiazgi, wynosząc rzeczy do zmywania i do prania. Potem zmieniamy miejsce i sadzamy Generała przed łazienką, w której to myjemy wanienkę, zabawki, szykujemy pranie. Mycie dorosłej części łazienki zostawiamy na czas kiedy Generałem zajmie się babcia, żeby nie zatruł się bojowymi gazami Tytana, Clina i Domestosa. W błędzie jest ten, kto sądzi, że Generalicja zajmuje się biernym obserwowaniem toczących się wojen. Dowództwo lubi zmieniać miejsce pobytu i domaga się tego głośno i nachalnie. Zatem z bujaka przenosimy się na matę, a z maty do jeździka. Wszystkie trzy sztaby łączy wspólna cecha – Generał w nich pozostawiony to Generał znudzony, czasami więc trzeba jednocześnie toczyć boje i dostarczać rozrywki. A czasami przerwać boje i dostarczać większej ilości rozrywki.

Prawdziwe przeszkolenie wojskowe zaczyna się jednak wieczorem. I mam na to dowód. Ostatnio moja Generalicja miała ciężki wieczór z zasypianiem. Najpierw było 50 podejść, żeby zjadła kaszkę. Udało się do połowy. Od połowy butli – ani rusz. Ponieważ znam moje dziecko i wiem, że po połowie kaszki uda mi się przespać połowę nocy, musiałam znaleźć inny sposób na wpompowanie w nie reszty. Zabawa przeniosła się więc do łóżeczka. Czytałam mu bajkę i mniej więcej w połowie podawałam kaszkę. Piło łapczywie, po czym stanowczo odsuwało butelkę. Czytałam więc dalej. Po skończonej bajce – kolejna próba. Udana. Weszło jeszcze trochę. Zaczęłam następną historyjkę i znów w połowie proponowałam kaszkę – znów się udało. Jeszcze raz i cała butla została wciągnięta. Zwycięstwo! Ale Generał odmówił dalszej współpracy i zasnąć nie chciał. „Popsułaś sobie dziecko na własne życzenie to teraz masz!” – zgrzytnęłam w duchu zębami, próbując sobie przypomnieć, dlaczego właściwie nauczyłam moje grzecznie śpiące w łóżeczku dziecko zasypiać na rękach. I to w momencie kiedy osiągnęło 7 kg wagi i systematycznie dokładało kolejne kilogramy. Rzuciłam tęsknym okiem w kierunku rozłożonego łóżka, na którym wyłożył się już M., prezentując w całej okazałości swój nagi tors. „Trudno” – westchnęłam, wiedząc, że uśpienie małej na rękach będzie szybsze. „Naukę samodzielnego zasypiania zaczniemy od jutra” – pomyślałam. Sapnęłam, stęknęłam i dźwignęłam 8 kilo Szczęścia na ręce. Piątą kończyną włączyłam kołysanki i zaczęłam rytmicznie bujać małą, kontrolując spod oka zmniejszający się kąt między jej górną a dolną powieką. Udało się! Odłożyłam ją ostrożnie do łóżeczka… Nie dość ostrożnie najwyraźniej, bo obudziła się i – stwierdzając widocznie, że tego nie zauważyłam – nadała sygnał dźwiękowy, aby mnie o tym poinformować. No to jeszcze raz – stęknięcie, sapnięcie, dźwignięcie, bujanie i deeeeliiiikaaaaatneee odkładnie. Syrena alarmowa znów zawyła. Westchnięcie – stęknięcie – sapnięcie – dźwignięcie – bujanie i… nie tyle odłożyłam dziecko, co teleportowałam ją z moich ramion na materacyk. Czekam. Cisza. Triumf! Oto dziecko śpi i mogę pofrunąć na skrzydłach miłości do męża, aby oddać się rozkoszom cielesnym! Pełna optymizmu, roztańczonym krokiem weszłam do pokoju i… uśmiech z twarzy zmyło mi donośne pochrapywanie M. No cóż. Westchnęłam sobie pod nosem i stwierdziłam, że skoro z uciech cielesnych nici to chociaż pójdę wyparzyć smoczki (dla jasności – mamy ich 4, z czego wyparzane miały być dwa). Czekając aż woda się zagotuje, usłyszałam ciche, ale niepokojące pomiaukiwanie nadawane z Dowództwa. Weszłam więc cicho do ciemnego sztabu i z ulgą zauważyłam, że to tylko Generał szuka smoczka, który wypadł. Szybki rekonesans upewnił mnie, że zguby nie ma nigdzie na materacyku – musiała więc znajdować się pod łóżeczkiem. Podałam Generalicji ostatni czysty smoczek i schyliłam się w poszukiwaniu poprzedniego. Pod łóżeczkiem stoi waga dla niemowląt i przenośny przewijak w formie małej walizeczki, więc, żeby odnaleźć „zaginionego w akcji” musiałam któreś z nich odsunąć. Na pierwszy ogień poszedł przewijak. Pociągnęłam go, ale wydało w połączeniu z dywanem głośne szuranie, które rozeszło się echem po cichym pokoju. Spojrzałam zaniepokojona na pogrążonego we śnie Generała, ale nie drgnęła mu nawet powieka, więc uspokojona pociągnęłam jeszcze raz. Sięgnęłam zagubiony smoczek, ale w momencie kiedy już go wyciągałam, coś innego musiało zakłócić sen Dowództwa, bo usłyszałam przeciągłe jęknięcie i nagłe poruszenie w łóżeczku. Zrobiłam wręcz wzorowe „padnij!” i nie oddychając, poczekałam na pewność, że dziecko dalej spokojnie śpi. Wtedy powoli wstałam i bezszelestnie wycofałam się z Poligonu.

I niech mi ktoś powie, że matka nie sprawdziłaby się jako komandos.

Elżbieta K., autorka bloga kawa-herbata-mleko.blog.pl

Fot. Pixabay

 

Jesteś nielukrującą mamą?

Skorzystaj z formularza www.dobra-mama.pl/mama-nie-lukruje i prześlij nam swoje teksty, a być może któryś z nich zostanie wybrany TEKSTEM MIESIĄCA, który nagrodzimy upominkiem, opublikujemy w naszym magazynie i na stronach internetowych.

Share Button
Matka na poligonie
Oceń artykuł